Magiczny krem od Lirene, czy warto go kupić?

by Agata

Co jest takiego magicznego w tym kremie? Lirene chyba polubiło kapsułki uwalniające pigment, bo to już drugi tego typu kosmetyk, który wypuściło w tym sezonie. Przyznaję, fajny bajer.

Polubiłam zmieniający kolor balsam do ciała, więc równie chętnie sięgnęłam po magic make-up* – krem zamieniający się we fluid.

Cała magia polega na tym, że na twarz nakładamy biały krem, a w czasie rozsmarowywania nabiera on brązowego koloru.


Krem zawiera wygładzający ekstrakt z białej algi oraz ujędrniającą witaminę E i wykazuje właściwości rozświetlająco-matujące. Z doświadczenia wiem, że połączenie rozświetlenia z matowieniem nie sprawdza się zbyt dobrze na mojej tłustej cerze. Zdecydowanie stawiam na sam mat.

Minus pierwszy – krem ma bardzo gęstą konsystencję. A co za tym idzie, łatwo o smugi, a samo rozsmarowywanie go na twarzy z pewnością nie jest ani łatwe, ani przyjemne.
Minus drugi – kolor. Mam wersję naturalną…. i cóż naturalna to ona z pewnością nie jest. Kolor  ciemnieje na twarzy i wpada w pomarańczę czyli odcień, którego większość z nas unika jak ognia.

Minus trzeci – gdzie ten mat? Zdaję sobie sprawę, że fluid który ma jednocześnie rozświetlać i matowić, nie da mi efektu porządnego matu, ale szczerze mówiąc ja matowienia nie widzę w ogóle.
Minus czwarty – demakijaż. Krem na skórze tworzy trudno usuwalną warstwę. Ciężko go zmyć, micele wymiękają, a żelu do twarzy trzeba używać dwukrotnie, aby dokładnie usunąć krem z twarzy.
Plusy? No, jakieś się znajdą. Krem nie wysusza skóry, nie podkreśla suchych skórek i nie zapycha.  A do tego jest naprawdę wydajny.

Cena: 30 zł za 30 ml. Czyli całkiem sporo…

Ja magicznego kremu nie polecam, ale ciekawa jestem, czy którejś z Was przypadł on do gustu?
 Dajcie znać!
*kosmetyk otrzymany w ramach współpracy z Lirene

Zobacz również:

Strona wykorzystuje pliki cookies w celu prawidłowego jej działania. Korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie. Zgadzam się Polityka prywatności